Zbigniew Ziobro – od „twardego szeryfa” do politycznego miękiszona i fujary na uchodźstwie

Przez lata Zbigniew Ziobro budował swój wizerunek jako nieugięty „szeryf” polskiej polityki: bezwzględny dla przeciwników, surowy dla „wrogów państwa”, pewny siebie prokurator generalny, który miał „sprzątać” wymiar sprawiedliwości. Gdy jednak przyszło do osobistej odpowiedzialności karnej za jego własne decyzje, cała ta zbroja nagle pękła. Został już nie twardzielem, lecz politycznym miękiszonem, który zamiast spojrzeć polskiemu sądowi w oczy – spakował się i zniknął na Węgrzech. To nie jest już tylko konflikt polityczny. To jest pytanie o elementarny honor i odwagę człowieka, który latami decydował o losach innych: wsadzał do więzień, nadzorował prokuratorów, wpływał na setki życiorysów. Dziś, gdy role się odwróciły, widzimy w nim niebezpiecznie kruchą postać, która chowa się za granicą, za lekarzami i za dawnym wizerunkiem. Prokuratura chce postawić Zbigniewowi Ziobrze kilkadziesiąt poważnych zarzutów związanych głównie z Funduszem Sprawiedliwości – projektem, który w propagandzie miał pomagać ofiarom przestępstw, a w praktyce stał się politycznym bankomatem i narzędziem budowy wpływów. Zarzuty dotyczą m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz nadużycia gigantycznych środków publicznych. To nie są drobne uchybienia czy „błędy w papierach”, tylko podejrzenia o systemowy rozbój na państwowej kasie. Sejm – mimo rozpaczliwych prób obrony ze strony jego politycznego środowiska – uchylił mu immunitet i wyraził zgodę nie tylko na postawienie zarzutów, ale też na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie. Innymi słowy: państwo, które przez lata było w jego rękach, powiedziało mu wprost – teraz ty odpowiesz przed prawem. I w tym właśnie momencie zniknął cały „twardy Ziobro”. Nie ma już pewnego siebie ministra na konferencjach, nie ma prokuratora generalnego grożącego kolejnym wrogom. Jest człowiek, który – zamiast stanąć w progu polskiej prokuratury i powiedzieć: „jestem, bronię się, pokażcie dowody” – wybrał bilet w jedną stronę i wylądował na politycznym uchodźstwie na Węgrzech. Niech każdy sam zada sobie pytanie: co robi człowiek niewinny, pewny swoich racji, przekonany, że prawo jest po jego stronie? Idzie do sądu, bierze adwokata, pokazuje dokumenty, walczy na sali rozpraw. Tymczasem Zbigniew Ziobro wybrał inny wariant – wyjazd do państwa, którego władza jest mu politycznie życzliwa i które samo od lat ma problem z przestrzeganiem standardów państwa prawa. To nie jest przypadek. Twardziel od „reformy sądów” nagle okazał się politycznym turystą, który najchętniej prowadziłby dalej wojny z kanapy w apartamencie w Budapeszcie. W Polsce – jeśli wierzyć jego wersji – rządzą dziś siły polityczne, które chcą go „zniszczyć”. Skoro tak, był idealny moment, żeby pokazać swoją odwagę: stanąć przed „wrogim” sądem, rozłożyć ich argumenty na czynniki pierwsze i wyjść z tego starcia jako ktoś, kto przetrwał polityczną nagonkę. Zamiast tego mamy festiwal wymówek, medialnych oświadczeń o spisku i jedną podstawową prawdę: gdy trzeba było ścigać innych, był nieugięty. Gdy przyszło do odpowiedzialności za Fundusz Sprawiedliwości – pojawił się strach, kalkulacja i ucieczka. Nie ma żadnej wątpliwości: choroba nowotworowa, z którą zmaga się Zbigniew Ziobro, jest dramatem ludzkim, a rokowania opisywane publicznie są bardzo poważne. Nikt uczciwy nie powinien tego bagatelizować. To jednak nie zmienia faktu, że jego środowisko polityczne uczyniło z tego element gry.
Choroba została przekształcona w tarczę:
– tarczę przeciwko polskiej prokuraturze („chorych się nie ściga”),
– tarczę przeciwko opinii publicznej („atakują człowieka po ciężkich operacjach”),
– tarczę polityczną („to zemsta nowej władzy na ciężko chorym człowieku”).
Problem w tym, że setki, jeśli nie tysiące ludzi w Polsce – ciężko chorych, po operacjach, w trakcie chemii – codziennie staje przed sądami, odpowiada w procesach, walczy o swoje racje. Nikt nie proponuje im politycznego azylu, nikt nie tworzy wokół nich propagandowego parasola. Prawo jest dla nich bezwzględne.
Jeśli Zbigniew Ziobro chciałby naprawdę zachować resztki godności, mógłby zrobić coś, co wielu obywateli robi codziennie: wrócić, przedstawić dokumentację medyczną i domagać się procesu prowadzonego z uwzględnieniem jego stanu zdrowia. Ale odwaga cywilna, którą wymagał od innych, najwyraźniej nie obowiązuje jego samego. Dziś najdotkliwsze dla Zbigniewa Ziobry nie jest nawet to, że grożą mu poważne zarzuty karne. Najboleśniejszy jest fakt, że rozsypała się cała legenda, którą budował latami.
– Człowiek, który pouczał sędziów, prokuratorów, zwykłych obywateli o odpowiedzialności, sam przed tą odpowiedzialnością ucieka.
– Polityk, który kreował się na nieustraszonego reformatora wymiaru sprawiedliwości, dziś boi się tego wymiaru jak przeciętny przestępca z kroniki kryminalnej.
– Minister, który korzystał z państwa jak z własnego narzędzia, dziś boi się własnego państwa i szuka schronienia za granicą. To jest właśnie definicja politycznego miękiszona: twardy tylko wtedy, gdy otacza go aparat władzy, policja, prokuratura, kamery, ochrona i państwowe pieczątki. Bez tego pancerza zostaje człowiek, który woli spoglądać na Polskę z dystansu Budapesztu niż stanąć przed polskim sądem. Sprawa Zbigniewa Ziobry jest dziś czymś więcej niż jednostkowym przypadkiem polityka, który uciekł przed prokuratorem. To test dla polskiego państwa:
– Czy prawo będzie wreszcie jednakowe dla zwykłego obywatela i byłego ministra?
– Czy choroba, przy całym swoim dramatyzmie, może usprawiedliwiać faktyczną ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości?
– Czy polityk, który latami wymachiwał hasłem „zero tolerancji”, może liczyć na taryfę ulgową?
Jeżeli odpowiedź na te pytania będzie choćby częściowo brzmiąca: „tak, Ziobro jest wyjątkowy, trzeba go traktować inaczej” – oznaczać to będzie, że w Polsce wciąż nie ma równości wobec prawa. Że są tacy, którzy zawsze spadną na cztery łapy, nawet jeśli prokuratura stawia im najcięższe zarzuty. Nie trzeba lubić obecnej władzy, aby widzieć jedno: obraz Zbigniewa Ziobry jako nieugiętego rycerza prawa legł w gruzach. Został polityk, który – gdy sam stał się obiektem śledztwa – wybrał ucieczkę, uniki i ochronę z dystansu.
Można się spierać o polityczne oceny, można dyskutować o Funduszu Sprawiedliwości, o skali odpowiedzialności, o prawnym wymiarze zarzutów. Ale jedno jest oczywiste: człowiek naprawdę odważny nie ucieka przed własnym państwem. Człowiek naprawdę odpowiedzialny nie chowa się za granicą i chorobą, gdy prokuratura puka do drzwi.
W tym sensie historia Zbigniewa Ziobry to podręcznikowy przykład polityka, który całe życie grał rolę twardziela, a gdy przyszło do najważniejszej próby – okazało się, że pod tą rolą kryje się zwykły strach. I żadna budapeszteńska sceneria tego nie przykryje.

Apel 38 z 47 sędziów do Ministra Sprawiedliwości o dymisję Prezesa Sądu Rejonowego w Koszalinie Piotra Boguszewskiego – poważne zarzuty…

# vmiękiszon

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*