Jak to możliwe, że funkcjonariusz, który od pierwszego dnia służby dopuszczał się brutalnych aktów przemocy wobec osadzonych, nie został natychmiast odsunięty od obowiązków? Gdzie był nadzór, gdy Michał B. – sadysta w mundurze – bił, zastraszał i planował krwawe napaści na tych, którzy odważyli się ujawnić jego wyczyny?
To nie jest jednostkowy przypadek. To systemowa porażka nadzoru, który nie tylko nie reagował, ale milcząco przyzwalał. Michał B., choć od pierwszych dni dopuszczał się przemocy, nie poniósł żadnych konsekwencji – bo miał parasol ochronny lekarza i dyrekcji. W państwie prawa nie ma miejsca dla sadystów w mundurze. A jeśli tacy funkcjonariusze czują się bezkarni – to znaczy, że prawo zostało skutecznie zamknięte za tymi samymi kratami, co ich ofiary.

Jednego zwyrodnialca mniej.