Chociaż powszechnie wiadomo, że szybciej znajdziemy igłę w stogu siana niż sprawiedliwość w polskich sądach, nadzwyczajna kasta sędziowska wciąż bezczelnie utrzymuje, że to ona jest ofiarą – rzekomo „prześladowaną” za demaskowanie jej wieloinstancyjnych matactw, kumoterstwa, rozbojów procesowych i bezczelnej ignorancji wobec obywateli. Gdy jednak spojrzymy głębiej, zobaczymy kto naprawdę trzyma pieczę nad tym gangrenicznym systemem – jest nim nie kto inny, jak Sąd Najwyższy, który zamiast być bastionem sprawiedliwości, stał się mechanicznym zatwierdzaczem sądowych bezprawiów.
Statystyki są nie tylko alarmujące – są upokarzające. W samym tylko 2016 roku Sąd Najwyższy odmówił przyjęcia do rozpoznania aż 1862 z 2500 skarg kasacyjnych w sprawach cywilnych. Z pozostałych – jedynie w 522 sprawach doszło do zmiany orzeczenia, a zaledwie 79 skarg zostało odrzuconych merytorycznie. To oznacza, że ponad 74% skarg kasacyjnych w ogóle nie zostało rozpatrzonych, choć każda z nich niosła dramat człowieka, którego zdeptano w niższych instancjach. Jak w takim systemie mówić o sprawiedliwości?
Skarga kasacyjna w Polsce nie jest dziś narzędziem naprawy sądowej patologii – jest teatralną dekoracją. Iluzją prawa. Szyderstwem w biało-czerwonych barwach.
I dopóki to się nie zmieni – dopóki Sąd Najwyższy będzie bezrefleksyjnie chronił systemowe nieprawości, dopóki kasta będzie bezkarna, a reformy będą istniały jedynie w pustych sloganach przedwyborczych – nie będzie mowy o żadnym naprawieniu wyrządzonego zła ani godnym zadośćuczynieniu ofiarom togowych przestępstw. W majestacie prawa, pod orłem w koronie, Rzeczpospolita hańbi się własnym systemem sprawiedliwości.
Bo gdzie są obiecane reformy? Gdzie są mechanizmy rozliczające tych, którzy zrobili sobie z Temidy prywatny folwark? Nigdzie. Społeczeństwo czeka. Ale cierpliwość nie jest wieczna.
Jeśli rządzący nie zrobią porządku z patologią sądową, jeśli nie rozliczą własnych zaniedbań, to wcześniej czy później obywatele zrobią to sami. Bo tego wymaga nie tylko honor, ale i zdrowy odruch samoobrony.
Nie ma i nie będzie zgody społecznej na bezkarność sędziowskich gangsterów w togach. Nie pod tym godłem.
PRAWO, KTÓRE STAŁO SIĘ NARZĘDZIEM ZBRODNI. MORALNY I PRAWNY AKT OSKARŻENIA WOBEC SYSTEMU
Od dziesięcioleci w Polsce funkcjonuje system, który zamiast chronić obywatela – niszczy go. System ten przybrał instytucjonalną formę sądów, prokuratur, organów ścigania, rzecznika praw obywatelskich oraz ministerstwa sprawiedliwości. Formalnie – każda z tych instytucji ma stać na straży praworządności, sprawiedliwości i godności człowieka. W praktyce – te same organy, działając wspólnie lub przez zaniechanie, utrwalają nieludzki, bezkarny proceder zbiorowego krzywdzenia niewinnych ludzi. Pod pozorami legalizmu – w majestacie prawa.
Sądy w Polsce niejednokrotnie przestały być miejscem dochodzenia sprawiedliwości. Stały się instytucjami odtwórczymi, opartymi na formalizmie proceduralnym oderwanym od sensu i celu prawa. Kiedy obywatel wchodzi na salę rozpraw z nadzieją na wysłuchanie – często trafia na mur cynizmu, uprzedzeń klasowych, kastowego dystansu i braku jakiejkolwiek empatii. Gdyby ktoś nie znał rzeczywistości i spojrzał wyłącznie na zapisy konstytucji i kodeksów – uznałby Polskę za wzór demokracji proceduralnej. Jednak to tylko fasada.
To właśnie sądy, zwłaszcza w instancjach rejonowych i okręgowych, wydawały i nadal wydają haniebne orzeczenia: ignorując dowody, przemilczając fałszerstwa, skazując niewinnych, chroniąc przestępców w togach, psychiatryzując ofiary i odrzucając wnioski kasacyjne bez jakiegokolwiek merytorycznego uzasadnienia. Skandalem nie są już tylko pojedyncze wyroki – skandalem jest całe milczące środowisko, które przez lata tolerowało i legitymizowało patologię.
Kolejni ministrowie sprawiedliwości – od czasów PRL aż po dzień dzisiejszy – mają krew na rękach. Nie dosłownie, ale systemowo. Każdy z nich miał możliwość przecięcia gangreny toczącej wymiar sprawiedliwości. Żaden nie zrobił tego skutecznie. Reformy były kosmetyczne, PR-owe, propagandowe. W rzeczywistości – umacniały kontrolę polityczną nad sądami lub układały się z nadzwyczajną kastą w duchu milczącej koegzystencji.
Prokuratorzy generalni – którzy często pełnili równolegle funkcję ministra sprawiedliwości – odpowiadają za wieloletnie ignorowanie zawiadomień, rozpatrywanie skarg „po linii” oraz zamiatanie pod dywan najbardziej brutalnych przypadków bezprawia. Prokuratury stały się instytucją odmawiającą ścigania najbardziej oczywistych przestępstw – jeśli sprawcą był funkcjonariusz systemu. I instytucją nadgorliwie represjonującą, gdy ofiara miała czelność domagać się sprawiedliwości.
RPO, choć z definicji ma być głosem tych, których nikt nie chce wysłuchać, przez dekady w wielu przypadkach stawał się urzędową kurtyną dla cierpienia. Niewysłane interwencje, lakoniczne pisma, odmowy podjęcia spraw „z braku podstaw” – to wszystko wpisuje się w obraz urzędu, który przestał być sumieniem państwa, a stał się pasywnym obserwatorem jego nadużyć.
To, co obserwujemy, to nie są przypadkowe błędy. To system. Zorganizowana struktura krzywdzenia, zastraszania, upodlania i niszczenia ludzi – często za mówienie prawdy, za nagłaśnianie patologii, za niepodporządkowanie się układom lokalnych klik. W tym systemie sędziowie, prokuratorzy, biegli psychiatrzy, policjanci i obrońcy z urzędu działają jak tryby tej samej machiny. Ich ofiary to zwykli obywatele, którzy wierzyli, że sprawiedliwość to coś więcej niż litera prawa. To akt człowieczeństwa.
Nie ma większej zbrodni niż użycie prawa do czynienia krzywdy. Każdy wyrok wydany z pogardą dla faktów. Każde pominięcie dowodów. Każda odmowa kasacji. Każde skazanie bez winy. Każde uznanie niepoczytalności bez przesłanek. Każde „umorzenie z braku znamion przestępstwa” – to cegła w murze, który oddziela Rzeczpospolitą od własnych obywateli.
Nie czas już na poprawki i półśrodki. Ten system wymaga nie reformy, ale rozliczenia. Trybunału Społecznego, Komisji Prawdy, Ustawy o odpowiedzialności sędziów i prokuratorów za nadużycia władzy. Rzeczypospolita nie może dłużej firmować procederu, który w cywilizowanym kraju zasługiwałby na trybunał w Hadze.
Nie będzie sprawiedliwości w Polsce, dopóki sędziowie, którzy zrujnowali ludziom życie, nie zostaną wyprowadzeni z sądów – nie z honorami, lecz w kajdankach. Dopóki prokuratorzy, którzy tuszowali zbrodnie, nie staną przed sądem. Dopóki każdy minister sprawiedliwości, który firmował milczeniem bezprawie, nie spojrzy ofiarom w oczy.
To nie jest już tylko problem prawa. To jest sprawa sumienia narodowego.
kasta ciągle nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa się nawet za prześladowaną z powodu demaskowania jej wieloinstancyjnych nieprawości oraz podejmowania zasadnych postępowań dyscyplinarnych wobec jej członków. A co ciekawe, nad tym rozległym procederem przestępczym czuwa Sąd Najwyższy instrumentalnie sankcjonując kuriozalne rozstrzygnięcia procesowe, wyrzucając do kosza dwie trzecie wniosków kasacyjnych. I tak w roku 2016, tylko w sprawach cywilnych, z 2500 skarg kasacyjnych Sąd Najwyższy odmówił przyjęcia do rozpoznania aż 1862 skargi. Natomiast w 522 sprawach zmienił orzeczenie odrzucając 79 skarg. Reasumując fakty należy stwierdzić, że skarga kasacyjna w Polsce ciągle ma charakter iluzoryczny. I dokąd tak będzie nie ma nadziei na namiastkę sprawiedliwości, naprawienie wyrządzonego zła i zadość uczynienie rozlicznym ofiarom urzędniczych przestępstw. Dokonywanych pod pozorami prawa w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Są bulwersujące statystyki, a obiecanej gruntownej reformy sądownictwa jak nie było tak nie ma i nic na to nie wskazuje, że w końcu rząd rozliczy się z przedwyborczych obietnic. Jeżeli to nie nastąpi to przyjdzie brać sprawy w swoje ręce, bo nie ma i nigdy nie będzie społecznej zgody na bezkarność togowych przestępców.
CDN

Dodaj komentarz